Człowiek krnąbrny, czyli Jerzego Targalskiego przypadki (cz. II)

W obliczu prób zdeprecjonowania antykomunistycznej postawy Jerzego Targalskiego przez dziennikarzy publikujemy dalszą część artykułu (autorstwa Piotra Bonisławskiego) z 2006 r. na temat życiorysu i działalności współautora głośnej książki „Resortowe dzieci”.
22.01.2014 15:56

Co się jednak stało, że niedawny – jak sam o sobie mówił – „socjalista antykomunista”, było nie było zarejestrowany członek PZPR, zaczął głosić tak radykalne poglądy?

 

 – Mówiąc szczerze, to właśnie Witek Gadomski wywarł na mnie największy wpływ i ja tego nie ukrywałem i nie ukrywam – mówi Targalski. On mi uświadomił, że bez kapitalizmu, a więc rozbudowanej własności prywatnej, nie będzie żadnych zmian. Że totalitaryzm opiera się właśnie na likwidacji własności prywatnej. Jeśli chcemy więc ten totalitaryzm zniszczyć, to musimy ją odbudować. I on od początku miał taką ideę, że musi być jak najwięcej prywatnych właścicieli, drobnych firm (rodzinnych itd.) i dopiero to jest ta zdrowa podstawa systemu społeczno-ekonomicznego. O ile wtedy, kiedy KOR się zaczynał, jeszcze byłem socjalistą, to już gdzieś w 1977 roku pod wpływem Witka i tych dyskusji u Safjanów przestałem nim być O ile wtedy, kiedy KOR się zaczynał, jeszcze byłem socjalistą, to już gdzieś w 1977 roku pod wpływem Witka i tych dyskusji u Safjanów przestałem nim być – deklaruje. Dziś widują się z Gadomskim raz, dwa razy do roku na okolicznościowych spotkaniach. Dzielą ich morza ocen i oceany opinii.

Bezsprzecznym liderem grupy stał się właśnie Targalski. Na spotkaniach u Safjanów („Gospodarzy”) pojawiali się także Stanisław Kotowski (inżynier budowlany, dziś mieszka na stałe w Kanadzie i zajmuje się interesami, związanymi z budownictwem), Jacek Krauss (prawnik), Wiesław Sendek (ekonomista), Robert Sendek (inżynier) oraz Tadeusz Pawlicki starszy brat Macieja 1. W styczniu 1981 roku dołączył Tomasz Kołodziejski, a później Andrzej Święcicki. Dyskutowano nad programem dla wolnej Polski. – Nikt wtedy tego nie robił, bo uważano, że jest to niemożliwe – wspomina dziś Targalski. A ja uważałem, że wprost przeciwnie – komunizm musi się zawalić i to dość szybko. Wkrótce okazało się, że uczestnicy spotkań mają podobne poglądy i pojawiła się koncepcja formalizacji grupy. Pierwszym krokiem miało być wydawanie pisma.

– Spotkaliśmy się na początku stanu wojennego u Witka Gadomskiego i ja wtedy ludzi podzieliłem: ty do kolportażu, ty do techniki, ty do redakcji i okazał się to wybór słuszny – wspomina Targalski. Do redakcji trafili Gadomski, Jacek Krauss, „Gospodarze” (czyli małżeństwo Safjanów) i Targalski. Szefem techniki został Staszek Kotowski, a kolportażu Tomasz Kołodziejski. – Mieliśmy taki system, że Tomek zaopatruje magazyny dzielnicowe, a każda dzielnica ma swojego szefa, który tym magazynem dzielnicowym zawiaduje: kolportuje, zbiera pieniądze i przekazuje z powrotem. I tak się zrodziła organizacja „Niepodległość”.

Przygotowania do wydania pierwszego numeru zaczęły się tuż przed 13 grudnia. Na początku pismo miało się nazywać „Przyszłość”. Jednak, gdy wprowadzono stan wojenny, Witold Gadomski wpadł na pomysł, że teraz w nowej sytuacji nie będzie lepszej nazwy od „Niepodległość”. Jak wspomina Targalski, o tym, że to ma być organizacja myśleli wcześniej. Nie spieszono się z tym jednak, bo uważano, że najpierw trzeba mieć kolportaż, jakąś technikę i dopiero jak to wszystko będzie, to można rozwijać struktury organizacyjne.

W momencie rozpoczęcia konspiracji ustalono konkretne więzi organizacyjne tak, żeby każdy wiedział do kogo ma się zgłaszać. Członkowie grupy przybrali pseudonimy i trzeba było się tego wszystkiego trzymać, nie łączyć ze sobą ludzi, nie łączyć sfer działalności.

Wybory polityczne

Dziś Antoni Macierewicz ocenia, że odłączenie się Targalskiego od środowiska „Głosu” i współpraca między innymi z Andrzejem Rosnerem była błędem2. – W ten sposób wykorzystano radykalizm Jurka – mówi.

Targalski: – Nie miałem bliskich kontaktów z Macierewiczem, bo uważałem, że ja nie powinienem się w takich kręgach obracać. Powinienem być wśród normalnych ludzi, a nie wśród takich, którzy są śledzeni 24 godziny na dobę, bo to po prostu mijało się z celem. Mimo dawnego rozstania i różnic dziś o Macierewiczu mówi ciepło. – To człowiek osobiście uczciwy. To od razu zresztą widaćnie dorobił się. Trudno się z nim jednak współpracuje, jeśli nie ma się takich samych poglądów jak on. Targalski wspomina okres Solidarności, „prawdziwych Polaków” (tzw. „prawdziwków”) i to, jak tamto środowisko popierało Wałęsę. – A ja – jak mówi – od początku byłem przeciwko Wałęsie. Zrozumiałem kim on jest gdzieś w połowie września 1980 roku „od początku byłem przeciwko Wałęsie. Zrozumiałem kim on jest gdzieś w połowie września 1980 roku”. Oczywiście na początku mi się podobał – taki przywódca robotniczy. Potem ludzie, którzy jeździli z nim na spotkania, zaczęli mi opowiadać jak on bełkocze, jakim jest kretynem itd. Gdzieś od połowy września miałem więc absolutną jasność, że jest to po prostu debil, który jest nadymany.

Trzeba sobie postawić pytanie, przez jakie siły był nadymany? W czyim interesie ktoś tak ograniczony, kim można manipulować stał na czele ruchu. W grę wchodziła oczywiście inteligencja i socjalistyczny mit „robola”. Muszę przyznać, że moja mama do końca życia ceniła Wałęsę. Mówiła: – o proszę, robotnik i tak się wybił. A on się nie wybił, tylko został nadęty i wybity. Gdyby Edwin Myszk nie został zdekonspirowany przez Hodysza to nie mielibyśmy Wałęsy tylko Myszka3. Wtedy myślałem, że nadyma go inteligencja i bezpieka, dlatego, że jest wygodny dla komunistów, bo pójdzie na każdy układ z nimi. Nie sądziłem, że pójdzie nie dlatego, że jest agentem, tylko dlatego, że jest miękki, głupi, prymitywny i nim manipulują.

Targalski uważał wtedy, że racja stoi po stronie takich ludzi jak Kuroń czy Gwiazda, którzy zwalczali Wałęsę. Jednak pomiędzy turami zjazdu „Gdyby Edwin Myszk nie został zdekonspirowany przez Hodysza to nie mielibyśmy Wałęsy tylko Myszka”„Solidarności” doszło do zmiany sojuszy. Kuroń dogadał się z Wałęsą i nastąpiło zerwanie między Gwiazdą i Kuroniem. Byłem więc w trudniej sytuacji, bo z jednej strony uważałem, że ludzie, których popiera Macierewicz – ci wszyscy „prawdziwi Polacy” i ci, którzy szukali oparcia w Kościele i Wałęsie, nie mieli racji. Z drugiej strony byłem przeciwnikiem grupy kuroniowskiej, z tych dawnych rozmaitych względów. Natomiast uważałem, że z powodów taktycznych mają rację, że Wałęsę trzeba zwalczać, bo jest on nieszczęściem dla ruchu. Była to sytuacja właściwie bez wyjścia, bo ani z jednymi, ani z drugimi było mi nie po drodze. Potem po odwróceniu sojuszy byłem skazany na samodzielność.

Czas „Solidarności”

Wybuch „Solidarności” wzmocnił grupę. Doszły nowe kontakty w zakładach pracy, coś się zaczęło dziać.

– Pamiętam, jak zastanawialiśmy się, kiedy będzie stan wojenny – wspomina Targalski. Witek był pewien, że 17 grudnia. To na ten dzień zaplanowano dużą manifestację na Placu Zwycięstwa. Uważałem, że Wałęsa pójdzie na jakieś ustępstwa, zimę przeczekają, a potem władza spowoduje rozłam w „Solidarności” i wtedy weźmie się ostro za związek.

Dziś zdaje sobie sprawę, że nie miał racji, bo jak się później okazało, „Solidarność” zaczęła przenikać już do wojska i milicji. I komuniści się tego przestraszyli. – Wiadomo, że były prowadzone rozmowy z Wałęsą i innymi w sprawie powołania tzw. „Solidarności Robotniczej”, tylko nic z tego nie wyszło. Istniał przecież tzw. plan „Renesans” – to wszystko jest w dokumentach MSW – dowodzi. Ja byłem przekonany, że ubecja za pośrednictwem Wałęsy doprowadzi do rozłamu w „Solidarności” i dopiero wtedy dojdzie do aresztowań „tych złych”.

Tadeusz Pawlicki:Pamiętam początek stanu wojennego, kiedy od ciebie pierwszego usłyszałem o konieczności założenia pisma politycznego i partii politycznych wtedy, gdy wszyscy marzyliśmy o „Solidarności” i na pewno też byłeś założycielem i animatorem pisma „Niepodległość”.

Jerzy Targalski: Pewnie jakąś tam rolę odegrałem, ale raczej faceta, który popędza ludzi do roboty i nie pozwala im się wycofać, natomiast jeśli chodzi o rozwój polityczny i intelektualny, to dla mnie tą osobą, która naprawdę mnie i „Niepodległości” dała najwięcej, był Jarosław (Witold Gadomski). Prawie wszystkie artykuły, które pisałem, były owocem wcześniejszych dyskusji redakcyjnych, a zwłaszcza dyskusji z Jarosławem, które miały miejsce także prywatnie, poza zebraniami redakcyjnymi.4

Co słychać w „Obozie”?

Jednak zainteresowania Jerzego Targalskiego nie ograniczały się tylko do bieżącej krajowej polityki. Chciał stworzyć jakieś miejsce wymiany myśli i analizy, w którym w sposób całościowy oceniałoby się rozwój wypadków w całym bloku komunistycznym. Rozpoczął więc prace koncepcyjne związane z urzeczywistnieniem takiego pomysłu. We wrześniu 1981 roku pojawił się pierwszy numer „Obozu”, jak wyjaśniał podtytuł: „Niezależnego pisma poświęconego problemom krajów ościennych”. Redakcja tłumaczyła:

„Powodowani przekonaniem, że obecne i przyszłe losy Polski związane są ściśle z przemianami zachodzącymi w całym świecie komunistycznym, postanowiliśmy założyć pismo poświęcone problemom nurtującym społeczeństwa żyjące w tym systemie. Celem naszym jest zaznajomienie czytelnika polskiego z poglądami uczestników opozycji demokratycznej w państwach komunistycznych, a także z historią, tradycjami i kulturą ich narodów5”. 

Pomysł genialny, ale też bardzo, jak na owe czasy, niebezpieczny. Z dzisiejszej perspektywy można stwierdzić, że okazał się sukcesem, bo to jedyny periodyk wydawany w podziemiu, który przetrwał do dnia dzisiejszego. Spiritus movens całego przedsięwzięcia był Targalski i wokół swojej osoby zaczął skupiać przyszłych redaktorów. Jednym z nich był Jan Malicki, dziś dyrektor Studium Europy Wschodniej na Uniwersytecie Warszawskim.

Malicki poznał Targalskiego na studiach w Instytucie Historycznym UW, gdzie bohater tej opowieści rozpoczął studia doktoranckie i pracował jako asystent. Był rok 1977. Byliśmy nim zachwyceni i poruszeni olbrzymią wiedzą, znajomością języków klinowych czy węzełkowych – wspomina Malicki. Zresztą w tym sensie stosunek studentów do niego się nie zmienił. – Ja na jakichś zajęciach gwałtownie skrytykowałem niejakiego Maszkina, autora kluczowej książki do historii Rzymu – mówi Malicki. Maszkin był tak zwanym „wybitnym uczonym radzieckim”. Jego książka była okropna, strasznie gruba, ale nie na tym polegała jej główna wada. Metodologicznie była dnem kompletnym. Gwałtownie skrytykowałem jej bezwartościowość i wytknąłem żenujące błędy, wyśmiewając w ten sposób naukę radziecką. A tego oficjalnie się wtedy oczywiście nie robiło.

Po zajęciach Targalski poprosił Malickiego na rozmowę. Okazało się, że nie chciał jednak rozmawiać na korytarzu, a zaproponował spacer. – To mnie trochę zdziwiło – wspomina Malicki. Nie wiedziałem, co on takiego może ode mnie chcieć. Poszliśmy przez bramę na Oboźnej, w stronę Akademii Muzycznej i kiedy znalazłem się już w okolicach ulicy Bartoszewicza, wyjaśniłem, że moja krytyka nie wiąże się tylko z samą postacią Maszkina, ponieważ Maszkin jako Maszkin jest mi obojętny. Dałem mu do zrozumienia, że chodzi mi o tak zwany „całokształt”. Wtedy Targalski zaproponował mi wejście do pracy w podziemiu. Zajęło to nam jakieś 400 metrów. W okolicach pałacu Zamoyskich, czyli ulicy Foksal poinformował mnie, że z całą pewnością zostanę aresztowany. I to był dla mnie pierwszy szok. Próbowałem oponować, że mój ojciec pracował w podziemiu, że tylu ludzi i jednak nie wszyscy wpadali. Jurek twierdził, że wpadka będzie nieunikniona, bo wszystko jest przefiltrowane albo będzie przefiltrowane. On się w zasadzie nie pomylił, bo później rzeczywiście zostałem aresztowany, ale akurat nie za to, co z nim zacząłem i to jednak trochę potrwało. Wciągnął mnie do kolportażu. Rozprowadzałem„Głos”, ale też „Biuletyn Informacyjny”, bo Targalski był jednak otwarty. Tak właśnie poznałem Targalskiego.

W czasie karnawału „Solidarności” Jan Malicki organizował wielkie wykłady o historii Polski. Mówiło się tam o Armii Krajowej i o Kresach. Zainteresowanie było kolosalne. Na otwarciu – pełna sala Mickiewicza – 800 osób łącznie z balkonami – wspomina Malicki. Armia Krajowa była wtedy rzeczą nową i budziła, jak łatwo sobie wyobrazić, olbrzymie zainteresowanie. Wiosną roku 1981, Targalski proponuje Malickiemu wejście do organizującego się zespołu redakcyjnego nowego pisma. – Ja byłem bardzo młodym człowiekiem, a zaproponował mi tak poważną rzecz – wspomina Malicki. Powiedziałem, że mam inne zobowiązania, prowadziłem nawet własne badania nad Armią Krajową niech się zajmują ci, którzy boją się spod pierzyny w ogóle wyjrzeć!Armią Krajową w powiecie kolskim, gdzie mój ojciec był w konspiracji wojennej i powojennej. Wyperswadował mi to w szokujący i stanowczy sposób: „A zostaw tę Armię Krajową. To jest pieprzenie kompletne. Armią Krajową niech się zajmują ci, którzy boją się spod pierzyny w ogóle wyjrzeć!  Ja ci tu proponuję zadanie dla poważnych bojowników, a nie tam jakąś Armię Krajową”. Podówczas jeszcze nie wiedziałem, że ja jestem tym „poważnym bojownikiem”. Uwierzyłem na słowo i w ten sposób wszedłem do redakcji „Obozu”.

W czerwcu 1981 roku odbyło się spotkanie założycielskie w mieszkaniu Kazimierza Stembrowicza, pracującego obecnie w Wydawnictwie Sejmowym. – Adres podano mi na ławce pod Orientalistyką – mówi Malicki. Renesansowa 7 mieszkania 6. Miałem go zapamiętać i zapomnieć w razie czego. Kluczenie, kilkakrotna zmiana tramwajów i już dotarłem na miejsce. Stembrowicz miał pisać o Rosji i Sowietach, Marek Pernal (ówczesny pracownik biura prasowego Sekretariatu Episkopatu Polski, a w latach 90. ambasador w Pradze) był od Czechosłowacji. W spotkaniu uczestniczył też Andrzej Ananicz, który miał się zajmować Azją Środkową, oraz Wojtek Maziarski, któremu przypisano Węgry6. – Dla mnie nie było przydziału, więc dostałem do wyboru kraje bałkańskie albo kraje bałtyckie – relacjonuje Malicki. Wybrał kraje bałtyckie, po czym Targalski nakazał mu rozpoczęcie nauki języków bałtyckich. Targalski zajął się załatwieniem podręczników, bo jego matka była kierowniczką biblioteki UW na dziennikarstwie.

Jak wspomina Malicki, książki pożyczone były oczywiście drogą nieoficjalną – „na kwitek” do szuflady, tak by SB w razie czego nie mogła dojść do tego, kto interesował się daną tematyką. – Jurek wymógł na nas pełną konspirację, co podówczas było szaleństwem, bo wszyscy robili wszystko oficjalnie i jeszcze to podkreślali – relacjonuje Malicki. ATargalski wprowadził zasadę, że wszystko jest nieoficjalne i wszystko jest tajne Targalski wprowadził zasadę, że wszystko jest nieoficjalne i wszystko jest tajne. Uważał, że można sobie tam o Armii Krajowej mówić oficjalnie, natomiast jak ktoś dotyka KGB, Sowietów, NKWD, systemu komunistycznego, to po prostu dostanie w łeb i sprawa się zakończy. Przyjęliśmy więc całkowitą konspirację, która okazała się jedną z nielicznych skutecznych, ponieważ „Obóz” nigdy nie wpadł. Jan Malicki siedział co prawda w więzieniu parę lat później, ale nie za „Obóz”.

Do stanu wojennego wyszły dwa zeszyty pisma. Targalski nie patyczkował się ze współpracownikami. Wydawał polecenia w stylu: „za miesiąc masz mówić po litewsku” – wspomina z rozbawieniem Malicki. I ja, po miesiącu może nie, ale po kilku miesiącach rzeczywiście zacząłem podstawowe rzeczy czytać. Potem przyszła wojna i trzeba było oddawać podręczniki. Istniała bowiem absolutnie słuszna obawa, że oni wcześniej czy później zaczną tropić po specjalistach.

Nagle w stanie wojennym Targalski stwierdził, że „Obóz” to jest cząstka za mała i zaczął robić partię polityczną: Liberalno-Demokratyczną Partię „Niepodległość”. – Pamiętam, latem czy jesienią w Parku Skaryszewskim oznajmił, że ja zostanę po nim redaktorem naczelnym „Obozu”. Miałem wtedy 24 lata i byłem bardzo młodym człowiekiem. Nie wyobrażałem sobie, że mogę taką rzecz udźwignąć. Oczywiście, że w czasie wojny każdy nosi buławę w plecaku, jednak ta „nominacja” była dla mnie szokująca: po pierwsze dlaczego akurat ja, po drugie nie zgadzałem się z tezą, że on powinien organizować tę partię. Ale Targalski był absolutnie uparty i powiedział, że zostawia pismo i mam je przejąć. Ogłosił to jak zwykle na zasadzie decyzyjnej, bo on ogłaszał decyzje, a nie pytał o zdanie. Dał mi tydzień, czy dwa, żebym przemyślał strukturę, poinformował jak będę wydawał „Obóz”. Ile mam melin, ludzi, zapasów itd. Tu wojna, a tu tydzień na zorganizowanie działania najbardziej zakonspirowanej redakcji w Warszawie, czyli podówczas w Polsce, czyli między Łabą, a Oceanem Lodowatym. No i dwudziestoczteroletni człowiek miał się tym zająć. To oznacza lokale na pisanie, przechowywanie, kalki, itd. Przy piątym numerze jeszcze był i doglądał wszystkiego.

Malicki przejął całkowicie wydawanie „Obozu” w okolicach numeru szóstego w 1983 roku.

Cdn.

Piotr Bonisławski

 

W ostatniej części artykułu, która będzie opublikowana już jutro, 23 stycznia, jest mowa o losach Targalskiego i jego grupy w czasie stanu wojennego, schyłkowego okresu PRL, a następnie wykluczenia w czasach III Rzeczypospolitej.

Całość została opublikowana w numerze 70–71 Dwumiesięcznika ARCANA, w 2006 r.

 

1 W czasach prezesury Wiesława Walendziaka w TVP, Maciej Pawlicki pełnił funkcję szefa programu pierwszego.

2 Andrzej Rosner działał w drugim obiegu wydawniczym: w Niezależnej Oficynie Wydawniczej NOWa, w Wydawnictwie Głos; w styczniu 1981 roku był współzałożycielem Wydawnictwa Krąg, w którym pracował w podziemiu do roku 1990, a potem, już w legalnej wersji wydawnictwa, do 1992 roku.

3 Edwin Myszk był agentem SB w środowisku WZZ na wybrzeżu w latach siedemdziesiątych. Został zdemaskowany przez Adama Hodysza, pracownika SB, który przekazywał informacje opozycjonistom. Po 1989 Myszk współpracował z mafiosem gdańskim „Nikosiem”, realizował się jako wydawca książek, kręcił się także wokół gdańskiego wydawnictwa „Stella Maris”. Jego firma handluje peruwiańskimi ziołami (vilcacora, manayupa itp.) lub uchodzącymi za nie. Do dziś pozostaje szarą eminencją biznesowo-politycznej trójmiejskiej socjety. Por: Wydawca z przeszłością, „Rzeczpospolita” z 5/6 XI 2005 r.

4 Wywiad udzielony przez Jerzego Targalskiego (Józefa Darskiego) pismu „Baza” w 1988 roku http://www.niepodleglosc.org/Polish/Informacja_o_Niepodleglosci/1988_Targalski_Jerzy_Baza.htm

5 Człowiek z „Obozu”, „Tygodnik Powszechny”, nr 45 (2783), 10 XI 2002 r.

6 Andrzej Ananicz jest absolwentem turkologii i doktorem w zakresie iranistyki. Po 1989 pracował w MSZ, pełnił funkcję ambasadora w Turcji oraz szefa Agencji Wywiadu. Wojciech Maziarski jest dziennikarzem „Newsweeka”.

 


Ostatnie wiadomości z tego działu

Nowy 161 numer Dwumiesięcznika ARCANA!

Nowy 160 numer dwumiesięcznika ARCANA!

Nowy 159 numer dwumiesięcznika ARCANA!

Nowy podwójny 157-158 numer dwumiesięcznika ARCANA!

Komentarze (0)
Twój nick:
Kod z obrazka:



Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Wszystkie opinie są własnością piszących. Ponadto redakcja zastrzega sobie prawo do kasowania komentarzy wulgarnych lub nawołujących do nienawiści.

Wyszukiwarka

Reklama

Facebook


Wszystkie teksty zamieszczone na stronie są własnością Portalu ARCANA lub też autorów, którzy podpisani są pod artykułem.
Redakcja Portalu ARCANA zgadza się na przedruk zamieszczonych materiałów tylko pod warunkiem zamieszczenia informacji o źródle.
Nowa odsłona Portalu ARCANA powstała dzięki wsparciu Fundacji Banku Zachodniego WBK.